O mnie

Skok Krzysztof, Zdjęcie - Gruzja, Tbilisi - czerwiec 2007
Witam wszystkich !

Niniwa Team


Strony

Szukaj

Patronat honorowy
POLSKI KOMITET OLIMPIJSKI
Polski Komitet Olimpijski


Meta

Subskrypcja

AdSense

Warto zajrzeć

Starsze Wpisy »

Alpy 2015

Kategorie: 2015 - Alpy | 7. lipiec 2015 | dodano przez krzysiek | nie skomentowano

Po powrocie z wyprawy do Maroka pojąłem stałą pracę i ograniczyły się możliwości podróżnicze. Co prawda mam wyrozumiałego szefa i zespół, ale nie można przesadzać. Ok. 2,5 tygodnia to realny czas wolnego, na jaki mogłem liczyć. Postanowiłem wykorzystać to na dokończenie ubiegłorocznej wyprawy, która uległa przerwaniu w Rzymie. A dokładnie chciałem dostać się autostopem w okolice Monte Cassino (tam walczyło dwóch moich przodków) i stamtąd przez Asyż, San Marino, Mediolan, przełęcz San Bernardino, Lichtenstein, jez. Bodeńskie, Monachium dotrzeć do Pragi. Na tydzień przed wyjazdem dowiaduję się, że Jola przyjeżdża do Polski i może jechać ze mną – tym razem nie będę sam! W okolicach Trójmiasta nie znam dobrego miejsca do stopowania z rowerem (znam w wielu miejscach, ale nie u siebie), a nic poprzez znajomych nie udało się znaleźć, więc w ostatniej chwili decydujemy się na zmianę trasy.

We wtorek 16 czerwca idę jeszcze normalnie do pracy, a wieczorem już jedziemy razem z rowerami Polskim Busem do Pragi. Ostatecznie to tam zaczęła się nasza wakacyjna przygoda. Po dniu spędzonym w fajnym mieście, ruszamy w drogę. O ile Praga urzekła nas swoim pięknem, to bardzo zniechęciła skomplikowanym wyjazdem, który zajął nam sporo czasu. Ale później było już ładnie i przyjemnie, chociaż droga prowadziła po licznych górkach. Wyjazd należał z tych niskobudżetowych, więc od początku staraliśmy się nie płacić za noclegi. Pierwszym, który przyjął nas na nocleg do swojego domu był Czech Ladislaw, nauczyciel matematyki z zawodu, a z zamiłowania koszykarz, który miał trzy szafy pucharów. Jednak wszystkich przebili Austriacy, ojciec i syn o tym samym imieniu – John. A wszystko zaczęło się od tego, że nie do końca wiedzieliśmy co robić dalej w miasteczku Grünberg po tym, jak pierwsza próba zdobycia noclegu nie powiodła się i okazało się, że najbliższy camping jest 20 km dalej. Jechaliśmy nie mrawo przed siebie, aż zauważyli nas wychodzący z domu ojciec z synem. Zapytali się, czy mogą nam pomóc. Odpowiedzieliśmy, że szukamy jakiejś podłogi. Syn przetłumaczył ojcu, a ten bez wahania zaproponował pokój gościnny. A kiedy się wykąpaliśmy, zaprosili nas do restauracji na wzgórzu, z przepięknym widokiem, na wspaniałą kolację. Niesamowicie sympatyczni panowie, którzy po porannej kawie życzyli nam udanej podróży i dziękowali za wizytę! Później mieliśmy także noclegi w garażach, oborach, na plaży czy też tarasach. Niezależnie jednak od miejsca, zagadnięci ludzie chętnie pomagali znaleźć nam darmowe i bezpieczne miejsca do spania.

Droga się tak ułożyła, że po czeskich górkach, w Austrii przyszło nam pokonać 3 przełęcze, że których najwyższa była na 1274 m.n.p.m. (9 km podjazdu o nachyleniu 1-12%). Po nich jeszcze była niewielka przełęcz we Włoszech, niedaleko miasteczka Tarvisio, a następnie wielokilometrowe, łagodne zjazdy, prawie do samej Wenecji. O ile przełęcz pokonujemy w ulewnym deszczu, to dalej towarzyszą nam już tylko upały z temperaturą przekraczającą 40°C! W takiej temperaturze przyszło nam zwiedzać niesamowitą Wenecję i zdobywać San Marino.

Z Rimini do Mediolanu jedziemy pociągiem, aby zobaczyć kolejne ładne miasto. Tam robimy sobie dzień przerwy – trzeba odpocząć przed największym wyzwaniem sportowym – zdobyciem legendarnej przełęczy San Bernardino. Przed opuszczeniem Włoch kupujemy jedzenie na 3 dni i jemy kolację nad jeziorem Como. Od tego momentu rozpoczynają się górki, po których codziennie jeździ setki rowerzystów na kolarkach. Kiedy ich zobaczyłem, zasugerowałem Joli, że chciałbym komuś „siąść na koło”! I kiedy następnego dnia byliśmy w połowie podjazdu na przełęcz, pewien Szwajcar na kolarce dogonił nas i zgodził się, abym dalej z nim pojechał. W ubiegłym roku Max przejechał ponad 3 tys. km na trasie z Londynu do Stambułu, a w tym roku w 14 dni chce przejechać ponad 4,5 tys. km z Włoch na Nordkapp. Niestety, miał pecha. Mnie energia wręcz rozpierała, chociaż mój rower ważył ok. 40 kg a jego 7 kg! Od początku narzuciłem takie tempo, że po niespełna 6 km wspólnej jazdy stwierdził, że musi odpocząć. Ostatnie kilometry pokonałem sam i dopiero po dłuższym oczekiwaniu dotarł cały blady Max. Nie miał ochoty na rozmowę. Życzył powodzenia i pojechał na dalszą część treningu.

Szwajcaria to nie tylko góry, ale przede wszystkim wspaniałe krajobrazy. To jedno z najbardziej malowniczych państw, które widziałem w swoim życiu. Chociaż drogie, ale warto zobaczyć. A pod koniec wakacyjnej przygody mieliśmy bardzo ciekawy dzień – obudziliśmy się w Szwajcarii, śniadanie było w Lichtensteinie, obiad w Szwajcarii, popołudnie nad jeziorem bodeńskim w Austrii, a kolacja i nocleg w Wangen w Bawarii. Jak się później dowiedzieliśmy, tutaj ludzie są mieszkańcami swojego regionu, a od Niemców to co najwyżej się wyzywają jak sobie popiją! Jednak mi Bawaria i jej mieszkańcy kojarzą się poprzez ciągłe klaksony wyganiające nas z drogi, nawet jak nie było ścieżek przy lokalnych drogach! W Monachium niesamowite wrażenie zrobił na mnie Ratusz. Z centrum udajemy się jeszcze na stadion Bayernu, obok którego idzie autostrada na północ. Ale dostać się na jakiś parking obok niej to nie lada wyzwanie, bo nawet jak spotykaliśmy ludzi mówiących po niemiecku, to nie wiedzieli lub nie chcieli powiedzieć, gdzie dokładnie jest takie miejsce. Ale ostatecznie udało się nam dojrzeć przez pola i jakiś rowerzysta pokazał rolniczą drogę dojazdową. Na koniec wystarczyło przerzucić rower przez dwa płoty, aby spotkać Darka. Ten podwiózł nas na większy parking ze stacją benzynową, gdzie zaopiekowała się nami spora grupa rodaków. Po nocy spędzonej na wygodnym łóżku TIRa Śruby z Poznania, Mateusz swoim busem zabiera nas przez Berlin do stolicy Wielkopolski. A stamtąd, no cóż, upchanym po brzegi i piętrowo rzuconych rowerach TLK, wracamy do szarej rzeczywistości w sobotni poranek.

Wakacyjna przygoda trwała raptem 18 dni, ale były to dni przygody, wspaniałych krajobrazów i niezwykłych ludzi. Wspólnie przejechaliśmy ponad 1700 km po wielu górach i kilku przełęczach. Po 27 km wspinaczki udało się wspiąć na przełęcz San Bernardino na wysokości 2066 m.n.p.m., chociaż momentami było bardzo trudno. Ale wspaniałe krajobrazy i ludzie, których spotykaliśmy każdego dnia, wynagradzali nam każdy trud. Dlatego już przygotowuję kolejne wyjazdy i to nie tylko rowerowe.

Wyprawa w nieznane

Kategorie: 2014 | 26. listopad 2014 | dodano przez krzysiek | nie skomentowano

 

                Rozpoczął się sezon zimowy, czyli nadszedł moment, kiedy większość o podróżach opowiada i myśli o kolejnych. I tak było w Kokotku, gdzie na weekend 21-23 listopada zjechali się starzy i nowi członkowie Niniwateam.pl , aby powspominać stare dzieje oraz wziąć udział w sobotnim Festiwalu Rowerowym „Together” w Lublińcu, który zakończył się premierą książki z tegorocznej podróży Niniwateam.pl  „Wyprawa w Nieznane. Do końca nie wiedziałem, czy uda mi się pojechać, ale ostatecznie pojechałem razem z uczestniczką tegorocznej wyprawy Jolą Najda oraz Eveliną Kaptiug, zainteresowaną wyprawą w przyszłym roku. Dotarliśmy do Kokotka przed 1 w nocy, część już szła spać, ale nasz przyjazd pobudził towarzystwo i ostatecznie poszliśmy spać ok. 4 nad ranem.

 

                Krótka to była noc. O 7.15 jedna z budzikowych (na wyprawach każdy ma swoje obowiązki, jest m.in. funkcja budzikowego) zaczęła czynić swoją powinność. O 8 rano zbiórka na której O. Tomek  rozdzielił obowiązki a później śniadanie. Kolejne 3 godz. to robienie kanapek, sałatek i innych przekąsek dla ponad 500 osób, które po południu przyszły na Festiwal. O 12.00 Msza Św. w kościele parafialnym w Kokotku, a po nim kto miał rower to nim pojechał do Lublińca, a reszta samochodami . Tam wszyscy zaproszeni zostali na obiad, a po nim od razu rozpoczęły się pokazy grup, które w tym roku jechały w ramach akcji „Together” w intencji pokoju na świecie. Jeszcze przed Mszą Św.  O. Tomek dowiedział się, że jedna z grup nie dotrze i zaproponował mi, abym pokazał zdjęcia ze swoich wypraw. Akurat tak się złożyło, że przed wyjazdem na USB zgrałem zdjęcia, a po obiedzie w 1,5h udało mi się wszystkie przejrzeć (ok. 2 tys.) i przygotować 25 min. relację z mojej wyprawy pielgrzymkowo – turystycznej do Maroka. Jednak i tak najważniejszy był finał, czyli premiera książki „Wyprawa w nieznane”, połączona ze wspomnieniami i refleksjami uczestników wyprawy. Zgromadzeni w MDK w Lublińcu mogli wszystkich zobaczyć, a na koniec wziąć pamiątkowe autografy – ciężko będzie jeszcze raz wszystkich zebrać. A na koniec oczywiście kolacja, kawa i ciasto.

                Do Kokotka wracamy przed 23. Zmęczeni, ale nikt nie kładzie spać. Wszyscy mają świadomość, z niektórymi zobaczą się za kilka miesięcy. Więc zabawa i rozmowy ponownie trwają do 4 rano. Na szczęście niedziela rozpoczyna się od Mszy Św. o 10.00, na której w trakcie kazania tegoroczni wyprawowicze w kilku zdaniach dzielili się z uczestnikami nabożeństwa swoimi refleksjami. Jeszcze tylko śniadanie, kawa i chwila pomocy w posprzątaniu zajmowanego miejsca i trzeba się żegnać. Dopiero wczesne popołudnie, ale na Pomorze 7 godzin jazdy, a w poniedziałek każdy musi wrócić do swoich obowiązków. Żal rozstawać się, ale zapewne wiosną ponownie wszyscy się spotkamy, na kolejnej wyprawie przygotowawczej, tym razem przed wyjazdem w ODWIEDZINY!!!!!

I ponownie w domu

Kategorie: 2014 Maroko | 15. listopad 2014 | dodano przez krzysiek | nie skomentowano

 

Trochę smutno skończyła się moja pielgrzymkowo-turystyczna przygoda. Na rzymskich dziurach poszły szprychy od strony kasety, a co gorsze pękła felga. To już zużycie materiału – 20 tys. km na jednym kole. Szkoda pieniędzy na naprawę (sama wymiana szprych to wydatek ok. 20-25 euro a to tylko na chwilę). Postanawiam wrócić autokarem tym bardziej, że czuwająca nad logistyką Jola Najda znajduje na poczekaniu w necie bilet za 59 euro prawie pod dom! Polka prowadząca w Rzymie biuro podróży sprzedaje mi jednak bilet do Tczewa na autobus Sindbadu, ale stamtąd mogę już pociągiem osobowym także dotrzeć do domu (u niej bilet do Tczewa był za 59 euro, a do Malborka za 99 euro – ten sam przewoźnik, ten sam autobus!). Na nim w uwagach zapisuje, że jadę z rowerem (miała być za niego drobna, bliżej nie określona, opłata u kierowcy), który 6 km na dworzec autobusowy popchałem.

Na dworcu autobusowym byłem chwilę przed przyjazdem autokaru, aby kierowcy od razu mogli mnie odesłać do właściwego luku bagażowego, przed którym zdjąłem koła i sam wg ich zaleceń umieściłem go w sposób nie utrudniający przewozu bagażu innych pasażerów. Podczas podróży trochę rozmawiałem z obsługą autokaru – bardzo sympatyczna. Niestety, wszystko się zmieniło na przesiadce w Weronie. Na mój widok jeden z kierowców od razu zaczął wołać, że ja nie jadę. Nie interesowało go, dlaczego się w tym miejscu znalazłem, że na bilecie mam wpisany rower. I ku zdziwieniu innych pasażerów, którzy również podeszli z bagażem, kierowcy zaczęli dość donośnym głosem mówić, jaki do jestem chamski i niekulturalny, pchając się z rowerem do autokaru (na szczęście nie był on w 100% wypełniony)! Chyba tylko podejście kierowców z pierwszego autokaru spowodowało, że kierowcy się uciszyli i otworzyli tył, gdzie jeden z pasażerów zostawił swój sporych rozmiarów obraz a ja rower – oczywiście nikt go nie dotknął i nie pomógł przy pakowaniu, ale na to byłem przygotowany, zresztą bez kół jest bardzo lekki. Natomiast za karę dużą sakwę rowerową kazano mi wziąć pod nogi zamiast do luku obok roweru! Jakież było moje zdziwienie, kiedy podczas jazdy podeszła pilotka i powiedziała mi, że za przewóz roweru mam zapłacić 25 euro (ew. 100 zł), czyli ponad 40% wartości mojego biletu (zwyczajowo do tej pory w całej Europie płaciłem ok. 10 – 15%). Wiedząc, że i tak nie mam wyboru, postanowiłem poczekać na przerwę, na której kierowcy będą mieli wolną chwilę i na spokojnie zapytać się o uzasadnienie. Nie doczekałem się (pilotka naciskała jakbym mógł uciec) i jeszcze przed granicą włosko-austriacką w trakcie jazdy podszedłem i grzecznie zapytałem się, dlaczego jest taka wysoka (tak jak pisałem wcześniej, na to że opłata się należy byłem przygotowany). No i ponownie usłyszałem, jaki to jestem chamski i bezczelny, że w ogóle pomyślałem jechać z rowerem autobusem Sindbadu (a przecież to ich pośrednik wskazał Sindbad jako firmę, która zabiera z rowerami). Że to oni wyświadczają mi przysługę (z tym się zgadzam), że niemalże na kolanach ich błagałem, aby mnie zabrali, a teraz śmiem dyskutować o czymkolwiek. Rozmowę najlepiej chyba podsumowuje stwierdzenie jednego z kierowców: „Tak to jest z Polakami. Wyjadą na jakiś czas za granicę, trochę się dorobią i myślą, że wszystko im wolno! Albo płacisz albo wysadzam rower na najbliższym postoju w Bolzano!” Zapłaciłem, ale po takiej obsłudze niesmak pozostał – przymusowo wracam po ponad 6 tyg. do kraju i od rodaków czeka mnie takie przyjęcie. Ani nie uzasadniono dlaczego taka wysoka kwota (za nadbagaż jest 1 euro za kg a rower z dodatkowymi elementami nie waży nawet 15kg – zresztą nikt z obsługi przez całą podróż go nie dotknął, a dodatkowo był z odczepionymi kołami aby łatwiej było go umieścić w bagażu), a i sposób rozmowy pozostawiał wiele do życzenia, tym bardziej, że wypowiadane słowa słyszało wielu pasażerów i ze zdziwieniem kręcili głowami, jak kierowcy firmy Sindbad traktują pasażerów. O dziwo na przesiadce w Świecku, kierowcy z drugiego autokaru zachowywali się tak, jakby byli na mnie obrażeni. Nie było natomiast problemu z obsługą trzeciego autokaru. Kiedy podszedłem do kierowców z informacją, że mam rower to tylko poprosili, abym go przyniósł i chwilę poczekał, ponieważ chcą zobaczyć, ile mają bagażu i jak najlepiej go ułożyć. Było go dużo (praktycznie pełny autobus), ale wszystko tak ułożono, że bez problemu rower się zmieścił i nikomu nie przeszkadzał. Pokazali, jak wygląda profesjonalna obsługa pasażera.

                Wysłałem maila z informacją do Sindbadu z myślą, że zechcą się ustosunkować do mojej relacji, ale dostałem tylko:  Dzień dobry. W załączniku przesyłamy informację dotyczącą sposobu składania reklamacji. Dział Controllingu i Reklamacji. Sindbad Sp. z o.o.Nikt nie podpisał się i oczekują przesłania reklamacji listem poleconym. Wydaje mi się, że jeżeli firma się szanuje, to powinna sama chcieć wyjaśnić sprawę a nie oczekiwać dodatkowej dokumentacji. A dla mnie to strata czasu tym bardziej, że znając życie to wg nich ja będę wszystkiemu winny.

 

            Szkoda jednak, że wyprawa tak szybko się skończyła tym bardziej, że od Barcelony jechało się rewelacyjnie lekko nawet na 10-12% podjazdach ciągnących się po kilkanaście km! Kiedy ją wymyśliłem, miała trwać ok. 8 – 9 tygodni, a skończyła się po 46 dniach. Nie zdążyłem dotrzeć na Monte Cassino, do San Marino, Szwajcarii i Lichtensteinu, a w Maroko byłem raptem kilka godzin. Ale może tak miało być, może mam jeszcze wrócić do Rzymu i dokończyć to czego nie udało się obecnie. Jednak na razie idę do pracy – będzie to dobry czas na regenerację. A na rowerze przejechałem 4478 km, a drugie tyle autostopem i autobusami.

 

Rzym - Watykan

Kategorie: 2014 Maroko | 4. listopad 2014 | dodano przez krzysiek | nie skomentowano

              Ostatni cel na mojej trasie osiągnięty. Dzisiaj rano dotarłem do Rzymu od strony południowej i wg karabinierów najbliżej miałem pod Colosseum. A w rzeczywistości najpierw dotarłem na Piazza Venezia - niestety akurat było przyjęcie jakiejś delegacji i wszystko było pozamykane. Stamtąd ruszyłem pod Colossem, podziwiając po drodze resztki historycznego miasta i państwa. Sama arena również jest imponująca, a jak się weźmie pod uwagę, że nie wiele z niej pozostało w stosunku do jej pierwotnej wielkości, to faktycznie musiała być imponująca. Ale w przypadku podróżnika, kieszeń też odczuwa - wstęp 12 euro, a spędziłem w niej niespełna godzinę.

Stamtąd kieruję się do jednego z najmniejszych państw świata, czyli Stolicy Apostolskiej. Prawie godzinę musiałem postać w kolejce na wejście do Bazyliki Św. Piotra, ale tam nie ma biletów, nie ma komercji, jest po prostu bardzo duża świątynia (co prawda nie wszyscy o tym pamiętali, ale sprawne służby porządkowe starały się grzecznie przypomnieć). Niesamowicie ładna, robiąca wrażenie. Nie spieszyłem się. Na spokojnie obszedłem całą świątynię, rozmyślałem i modliłem się za wszystkich, którzy mnie o to po drodze prosili, a na koniec podszedłem pod ołtarz Św. Sebastiana, za którym znajduje się grób Świętego Jana Pawła II. Tu pomodliłem się za siebie. Po wyjściu ze Świątyni otrzymałem pamiątkowy dyplom za dotarcie rowerem do Watykanu.

Niestety, dziurawych, brukowanych dróg Rzymu nie wytrzymało moje tylne koło (2 szprychy do wymiany od strony kasety i pęknięta felga) i pierwotny plan powrotu TIRem na stopa upadł (musiałbym wyjechać ok. 40km od Centrum na parking). Koło się trochę skrzywiło i rower już służy tylko do przewożenia bagażu. Więc wkrótce wrócę autobusem, o ile zabiorą mnie z rowerem, ponieważ to nie takie pewne, nawet jeśli mam w bilecie go wpisanego!

Notre Dame La Salette

Kategorie: 2014 Maroko | 1. listopad 2014 | dodano przez krzysiek | nie skomentowano

30 października 2014, po południu docieram do Sanktuarium Notre Dame La Salette w Alpach. I jak przystało na Sanktuarium Maryjne w górach, ostatnie 15 km to podjazd pod górę i prawie 1000m przewyższenia! Ale było warto. Wspaniałe widoki, a na miejscu prawdziwie pielgrzymkowa atmosfera - aż żal był następnego dnia wyjeżdżać (niestety kończy mi się czas).

1 listpoada spędzam już nad Morzem Śródziemnym, a dokładnie w Nicea. Jest ciepło (na cmentarzu ludzie byli w krótkich rękawkach), a goszczą mnie ks. Bronisław i Piotr - doktorant na Wydziale Biologii.

Starsze Wpisy »