O mnie

Skok Krzysztof, Zdjęcie - Gruzja, Tbilisi - czerwiec 2007
Witam wszystkich !

Niniwa Team


Strony

Szukaj

Patronat honorowy
POLSKI KOMITET OLIMPIJSKI
Polski Komitet Olimpijski


Meta

Subskrypcja

AdSense

Starsze Wpisy »

Islandia czyli prawie jak na księżycu

Kategorie: 2016 - Islandia | 11. czerwiec 2016 | dodano przez krzysiek | nie skomentowano


            Po urlopie na Cyprze pozostało mi jeszcze 5 dni zaległego urlopu z 2015 roku! Warto byłoby fajnie spożytkować;) Po ciepłym Południu Europy tym razem zwróciłem uwagę na Północ, a długi weekend pod koniec maja wydawał się idealnym terminem do wyprawy przed sezonem urlopowym. Początkowo chciałem jechać przez Wyspy Owcze na Islandię, a później próbowałem znaleźć chętnych do czwórki, aby jak najtaniej wynająć na miejscu samochód (łączny koszt wynajmu i paliwa potrzebnego do okrążenia Islandii w tydzień to ok. 2500 zł). Ostatecznie lecimy we dwoje z Gdańska tylko na Islandię – wylot w poniedziałkowy wieczór a powrót tydzień później we wtorek nad ranem. Wyprawa z założenia miała być niskobudżetowa, więc wykupiliśmy dodatkowy bagaż (plecak), aby zabrać jedzenie i śpiwory, a na miejscu zamierzamy poruszać się tylko autostopem.

 

            Lot minął szybko, a przy okazji z lotu ptaka widzieliśmy Wyspy Owcze. Pierwsze zaskoczenie na miejscu – niski pułap chmur i ląd był widoczny raptem z kilkuset metrów przed lądowaniem. Ale udało się z autostopem – bezpośrednio za lotniskiem zatrzymało się starsze małżeństwo i podwiozło nas pod drzwi zarezerwowanego hostelu, zbaczając z własnej drogi! A uprzejmy recepcjonista, po zakwaterowaniu nas w pokoju, podarował nam butlę z gazem do naszej kuchenki! Sam hostel wymagał remontu, ale był blisko lotniska (ok. 6 km). W nocy tylko słońce zaszło i zrobiło się szaro – tutaj również jest dzień polarny. A po śniadaniu ruszamy na podbój Islandii – 11 autostopami przemierzamy ponad 500 km na Zachód do miasteczka Höfn (to był nasz rekord). Po drodze zatrzymujemy się na zwiedzanie Reykjaviku, ale po 2 godzinach uciekamy w dziewicze rejony wyspy. Już doga z Keflaviku do Reykjaviku była poprowadzona przez wulkanową lawę i wokoło było po horyzont czarno. Natomiast za stolicą pojawiły się pagórkowate tereny zielone z widocznymi w oddali ośnieżonymi szczytami gór i wulkanów, a od czasu do czasu gdzieś z ziemi wydobywała się para – najprawdopodobniej z gorących źródeł.  

 

            Do Höfn dotarliśmy ok. 22 i bardzo szybko okazało się, że mamy problem z tanim noclegiem (wszystko pozajmowane) – najtańszy udało się znaleźć za 118 euro za dwójkę! Ale zauważyliśmy otwarte drzwi na klatkę schodową a stamtąd do piwnicy znajdującej się na parterze, gdzie w wózkarni stał oparty o ścianę materac! Do szczęścia nic więcej nie było nam potrzebne. Kiedy wyszliśmy o 7.30 zauważyliśmy barak z szyldem „Breakfast”. Proponuję poranną kawę. Na miejscu jednak po polsku proszą nas o bileciki na śniadanie! Tłumaczę rodaczce, że my tylko szukamy porannej kawy, a ona że w takim razie proszę się częstować! Z Höfn postanawiamy pomału wracać w kierunku Reykjaviku i podziwiać krajobrazy. Pierwszy samochód, który się zatrzymał, był pełny – jechali nim Polacy, a w kolejnym były 3 osoby – Rosjanie, podwieźli nas ok. 20 km. Następnie zabrał nas ok. 70-letni pan jadący samochodem z przyczepą campingową – zawiózł nas do Selfoss (ok. 400 km) po drodze zatrzymując się przy największych atrakcjach Islandii takich jak błękitne jezioro Jökulsárlón ze spływającymi bryłami śnieżno-lodowymi, czarną plażę z głazami w Vik, czy wodospady!

 

A w Selfoss zatrzymujemy się na trzy noce w hotelu (bardzo dobre warunki) i stąd podróżujemy autostopem podwożeni zarówno przez miejscowych jak i turystów. Widzimy kolejne wodospady, gejzery, jaskinie oraz kąpiemy się w gorącym źródle oraz w gorącej rzece w górach k. Hveragerði. Akurat to był drugi dzień padającego non stop deszczu (do wyboru była mżawka lub ulewa), kiedy musieliśmy pójść 3 km w góry błotnistym szlakiem, aby na miejscu nad brzegiem rzeki się rozebrać i zanurzyć w cieplutkiej wodzie. Gorzej jednak było wyjść i w deszczu i wietrze się ubrać, a następnie powrócić do miasteczka, mijając po drodze parujące kałuże wody z tabliczką ostrzegającą, że temperatura dochodzi do 100ºC!


Opuszczając Selfoss kierujemy się do Parku Narodowego Þingvellir, gdzie łączą się ze sobą półkula Wschodnia i Zachodnia Świata. Tutaj również zebrał się ponad 1000 lat temu pierwszy parlament Islandii. A po południu docieramy do najwyższego wodospadu Islandii (ok. 200m). Glymur. Tutaj, po 3 dniach chmur, spotykamy słońce, które będzie nam towarzyszyło już do końca. Na noc zatrzymujemy się w hostelu w miasteczku Borgarnes, gdzie mamy zniżkę ze względu na posiadanie własnej pościeli (śpiworów)! A kolejny dzień (niedziela) zaczynamy od wizyty na basenie – ale całkowicie inny niż w Polsce. Za ok. 11 zł wchodzimy na basen bez limitu czasu, z którego mamy w cenie wejście do wanien z jacuzzi z temperaturami 36ºC, 39ºC i 42ºC oraz zjeżdżalni dla dzieci i odkrytego drugiego basenu z podgrzewaną wodą! Przedostatni dzień przeznaczamy także na ostatnią atrakcję, której dotychczas nie widzieliśmy – wulkan, a właściwie wejście do jego krateru! Fajna sprawa. A kiedy wieczorem wracaliśmy do hotelu w Keflaviku na ostatnią noc, zdarzyła się niecodzienna sytuacja. Drogówka (po raz pierwszy zobaczyliśmy policjanta na Islandii) zatrzymała podwożącego nas Hiszpana samochodem z przyczepą campingową. Okazało się, że zatrzymali nas, bo jechał za wolno – jak jest dopuszczalna prędkość 90km/h to nie można jechać wolniej niż 80-85km/h!

 

Ostatni dzień był przeznaczyliśmy na największą komercyjną atrakcję Islandii, Błękitną Lagunę, znajdującą się ok. 20 km od lotniska. Błękitne wody położone pomiędzy polami lawowymi ściągają miliony turystów z całego świata. Bilety przez internet kosztują od 40 euro a w kasie od 50 do 190 euro! Ale kiedy dotarliśmy okazało się, że w żadnej wersji nie możemy ich kupić! Jest to niesamowita atrakcja dla turystów z całego świata. Ostatniego dnia postanawiamy także „szarpnąć się” i pójść na obiad do miejscowej restauracji – nie było ich zbyt wiele, a za jagnięcinę (bardzo smaczny miejscowy specjał) zapłaciłem ok. 130 zł/os.!

 

Islandia jest jak dla nas bardzo drogim krajem, ale do tego niesamowitym. Już przed wyjazdem usłyszałem, że tam jest prawie jak na księżycu. I coś w tym jest. Zabytków praktycznie nie ma, ale krajobraz jest piorunujący. Wulkany, gejzery, wodospady, gorące źródła i rzeki, góry są wręcz rewelacyjne. Do tego bardzo uprzejmi ludzie, którzy bardzo chętnie nas zabierali a często wręcz zbaczali z drogi, aby podwieźć nas na miejsce! A przy okazji cały czas prowadzili ożywioną rozmowę z nami, abyśmy się nie nudzili. Małym minusem jest non stop wiejący wiatr i stosunkowo niskie temperatury (wynosiły od 6ºC do 14ºC). Ale każdemu polecam.

 

Ateny – Cypr

Kategorie: 2016 Ateny - Cypr | 15. kwiecień 2016 | dodano przez krzysiek | nie skomentowano

            Niewykorzystany urlop za 2015 rok jest dobrym momentem do kolejnych wojaży w okresie słonecznej wiosny. Dodatkowo promocje linii lotniczych spowodowały, że razem z koleżanką postanowiliśmy połączyć siły i odwiedzić tym razem Ateny i Cypr. W Grecji byłem w 2009 r. Ponadto Ateny miło mi się z tego czasu kojarzyły, a niedosyt zwiedzania stał się impulsem, by po raz kolejny tam pojechać. Pomysł podróży bardzo przypadł mi do gustu.

 

            Do stolicy Hellady docieramy w piątek prima aprilisowy wieczorem i to nie jest żart;-) Praktycznie w tym samym czasie na lotnisku ląduje nasza znajoma, która serdecznie nas wita i u której zatrzymujemy się w Atenach w dzielnicy południowej części Aten (20 min. spacerkiem nad morze i tyle samo tramwajem na starówkę). Całą sobotę poświęcamy na zwiedzanie, które zaczęliśmy od Parlamentu poprzez Ogrody Narodowe, Zappeion, Świątynię Zeusa Olimpijskiego aż do Akropolu. Jest ciepło i w tak antycznym miejscu przyjemnie mija czas. Każdy, kto ceni architekturę starożytną na pewno znajdzie wiele pięknych miejsc wartych zobaczenia. Dodatkową atrakcją jest Wzgórze Filipappou, z którego rozciąga się widok na stare Ateny. Liczne knajpki i restauracje przeciągają turystów do zjedzenia dobrego obiadu i w jednej z  nich zatrzymujemy się skosztować greckie specjały.

 

            Większość zabytków poza sezonem jest otwarta do godziny 17, dlatego pospiesznie odwiedzamy Muzeum Nowego Akropolu. Jest ono zbudowane na pozostałościach dawnych Aten i przedstawia liczne, piękne znaleziska i starożytne eksponaty. Warto także tutaj udać się na spacer wokół akropolskiego wzgórza, które z każdej strony prezentuje piękne przestrzenie pod względem architektury oraz stare masywne filary.

            Praktycznym rozwiązaniem komunikacyjnym jest zakup biletu 5-dniowego z nieograniczoną ilością przejazdów, dzięki którym możemy podróżować, gdzie tylko chcemy. Korzystamy również z przejażdżki ateńskim metrem. Żeby poczuć magię miasta spędzamy wieczór z naszą gościnną znajomą na jednym z placów, gdzie życie zaczyna się nocą. Liczne knajpki oraz koncerty stanowią dużą atrakcję dla odwiedzających stolicę Grecji.

 

W niedzielę udajemy się na Mszę Świętą do kościoła, w którym gościłem w 2009 r. odwiedzając go wtedy w podróży rowerem. Pozytywnym zbiegiem okoliczności spotykamy  znajomych z Warszawy, którzy w tym samym czasie co my przebywają w Atenach. Spotkanie celebrujemy popijając grecką kawę. Na dalsze zwiedzanie decydujemy się już w większym  gronie. Późnym popołudniem wracamy do naszego mieszkania na wspaniały, grecki obiad. Zwiedzanie kończymy wizytą w Pireusie. Tam też głównie z perspektywy autobusu objeżdżamy okoliczne, malownicze porty.

W poniedziałek o świcie udajemy się na lotnisko, skąd lecimy do Larnaki na Cyprze. W trakcie 1,5 godziny lotu zostaliśmy poczęstowani kanapkami oraz sokami lub winem do nich!!! Na lotnisku decydujemy się wynająć samochód. Wprawdzie oferta wynajęcia przez internet jest bardzo bogata, jednak warunkiem koniecznym jest posiadanie karty kredytowej – której nie posiadam! Natomiast na miejscu wystarczyła zwykła karta debetowa, dzięki której udało się dopełnić wszelkie formalności. Należy pamiętać o różnych haczykach i szczegółach przy podpisywaniu umowy. Jednym z nich może być dodatkowa opłata za odbiór samochodu na lotnisku, a także szereg różnic związanych z ubezpieczeniem OC. Autocasco jest na życzenie i kosztowałoby nas 20 euro. Może prozaiczną, ale bardzo ważną sprawą jest fakt, że ubezpieczenie szyby to zupełnie nowy koszt i warto w niego zainwestować w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń. Koszt 4 dniowego wypożyczenia samochodu wyniósł 114 euro. Dodatkowo na karcie visa blokowany jest potencjalny koszt całego baku paliwa, który jest zdejmowany w dniu oddania samochodu z całym bakiem. Komunikacja autobusowa nie należy do popularnych i jest dość droga, dlatego po wypełnieniu wszelkich formalności ruszamy w drogę z niezależnym, wypożyczonym samochodem. I tak w samo południe po raz pierwszy jadę samochodem z kierownicą po prawej stronie!!! Dodatkowo z lewej strony mam pilota, który monitoruje trasę ;-) Jednaj bardziej od zmiany ruchu na drodze dokuczało mi parzące słońce ok. 30°C w cieniu! Z lotniska do miasta mamy zaledwie 8 km. A tam czeka na nas zarezerwowany 2-osobowy pokój ze śniadaniem za 30 euro. Koszt pozostałych noclegów był bardzo zbliżony. Nieduże miasteczko, które można poznać spacerując lokalnymi uliczkami odwiedzając nieliczne, ale piękne zabytki. Bogate zaplecze stanowią knajpki i restauracje, z których każde posiada swój własny urok i charakter. Postanowiliśmy zatrzymać się w restauracji prowadzonej przez Gruzinkę z cypryjsko-gruzińskim menu. Oprócz zamówionego posiłku zostaliśmy ugoszczeni dodatkową przystawką i ciastem na koniec, co było dla nas miłą niespodzianką. Zauważyliśmy także, że w odróżnieniu od innych miejsc turystycznych szczególnie tutaj ludzie zagadują nas po rosyjsku.

 

Kolejny poranek przywitał nas mocnym słońcem. Udajemy się na symboliczne śniadanie oraz ruszamy na podój wyspy. Na początku odwiedzamy meczet Hala Sultan Tekke położony nieopodal wysychającego latem słonym jeziorem. Do kolejnego, intrygującego miejsca udajemy się kilkadziesiąt kilometrów. Jest nim klasztor Stavrovouni usytuowany magicznie na szczycie góry. Perspektywa miasta z tego miejsca jest zachwycają. Jedynym, bardzo istotnym zaskoczeniem jest informacja, że do środka klasztoru mogą wchodzić… jedynie mężczyźni. Jest także zakaz fotografowania. Panie pozostające poza klasztorem często organizują na potrzebę chwili… spotkania kobiece i rozmawiają w oczekiwaniu na swoich towarzyszy. Następnym miejscem, do którego podążamy jest Limassol. Spędzamy tam wczesne popołudnie zwiedzając atrakcje miasta i spacerując jego starożytnymi uliczkami, a także promenadą nadmorską. Pospiesznie udajemy się w stronę Amfiteatru w Kurionie. Niestety zabrakło nam kwadransu studenckiego, aby wejść do środka. W sezonie zimowym wiele zabytków jest krócej dostępny do odwiedzenia. W ramach odpoczynku udajemy się do malowniczo położonej restauracji przy plaży… na małą czarną, która w gratisie oferuje niesamowity widok. Później udajemy się drogą wzdłuż morza do Patosu. Na trasie mijamy wiele atrakcyjnych miejsc – czy to widokowo czy też ze względów historycznych.

 

                Kolejny poranek spędzamy w Pafos, który jest miejscem licznych odwiedzin turystów. Nasz ostatni nocleg miał miejsce w atrakcyjnym hotelu z bogatym  zapleczem kulinariów serwowanych na śniadanie. Testowaliśmy kolejne, nowe smaki, głównie nie znanych nam wcześniej owoców i rodzajów sera. Jednym z nich jest halloumi. Po tak sytym śniadaniu ruszamy w stronę Nikozji. Po drodze zatrzymujemy się w Petra tou Romiou, który prezentuje niesamowity skalisty brzeg morski. Powracamy także do zamkniętego dzień wcześniej Amfiteatru w Kurionie. Przedstawia on starożytne, piękne sklepienia, niegdyś gromadzące liczną rzeszę ludzi, dziś niewielu turystów. W połączeniu z horyzontem nadmorskim stanowi świetne miejsce wypoczynku oraz perspektywę widokową. Podążamy do kolejnej nadmorskiej restauracji na plaży i zamawiamy lokalny obiad. W czasie oczekiwania na posiłek umilamy sobie czas spontaniczną kąpielą w morzu. Woda jest cieplejsza niż w Bałtyku w upalne lato. Z rozrzewnieniem będziemy wspominać zamówiony obiad. Moussaka – palce lizać!!! Następnie kierujemy się w dość specyficzne miejsce tj. kościół św. Mikołaja od kotów, który sprowadził je na Cypr, a obecnie są plagą na wyspie. Często można zobaczyć wieczorne spotkania grupy kotów lub indywidualne wędrówki  chociażby w restauracjach. W drodze do Limassolu wybieramy dość nietypową i mało uczęszczaną drogą… po wyschniętym jeziorze. Atmosfera przejazdu i rozległy horyzont sprawiają, że można poczuć tu totalną wolność. W tym oryginalnym odcinku trasy wjeżdżamy na autostradę i nią mkniemy już do Nikozji, która jest podzielona i stanowi stolicę dwóch państw – Republiki Cypryjskiej i Tureckiej Republiki Cypru Północnego. Tutaj na starym mieście zatrzymaliśmy się na dwie noce w klimatycznym hoteliku, którego właściciel potrafi przywitać gości symbolicznym kieliszkiem samogonu z dużego baniaka położonego „pod ladą”.

 

Następnego dnia rezygnujemy z podróży samochodem do Tureckiej Republiki Cypru Północnego, ponieważ kosztowałoby nas to kolejne ubezpieczenie. Do granicy mamy zaledwie 200 metrów, dlatego podążamy tam spacerem. Stamtąd lokalnym transportem jedziemy do Kireni za jedyne 5 lirów tureckich. Niezwykłą atrakcją jest piękny zamek na północy wyspy. Malownicze położenie – z jednej strony góry, a z drugiej morze. W trakcie zwiedzania prosimy napotkanych turystów o zrobienie zdjęcia. Miłe zaskoczenie – Polacy. Naszych rodaków można wszędzie spotkać. Jak się później okazało w bardzo podobnym czasie odwiedzają Cypr i razem będziemy wracali do stolicy… samolotem!!! Co za przypadek ;-). Po południu z powrotem wracamy do Nikozji, aby najpierw zwiedzić część turecką, a potem grecką. Wieczór jest szczególnie klimatyczny w tym miejscu. Liczne knajpki z tarasami, drobne koncerty muzyków stanowią dodatkową, miłą atrakcję, z której korzystają spore grupy podróżnych. W trakcie tego wypoczynku odwiedzamy także sklep moskiewski prowadzony przez Gruzina. Po kilku minutach rozmowy byliśmy dobrymi przyjaciółmi – ach ta gruzińska serdeczność!

 

Ostatni dzień podróży postanowiliśmy potraktować bardzo ulgowo. W południe opuszczamy Nikozję i jedziemy do małej wioski Pyla, którą przewodnik reklamował jako miejscowość w połowie zamieszkiwaną przez Greków i Turków. Jednak miejsce było opustoszałe niczym w trakcie włoskiej sjesty. Decydujemy się ponownie pojechać do Larnaki i spędzić ostatnie godziny na starym mieście przy plaży. Tutaj miło zaczął się nasz cypryjski wypoczynek i tutaj chcemy go zakończyć. Ponownie odwiedzamy „naszą” Gruzinkę i zamawiamy ostatni pyszny obiad.

 

Po 17 meldujemy się w wypożyczalni lotniska, aby oddać samochód – 3 godziny przed odlotem do Warszawy. Jakież było nasze pozytywne zaskoczenie, kiedy ponownie spotkaliśmy naszych rodaków poznanych przy zrobieniu pamiątkowego zdjęcia. Miło było wspólnie powspominać pobyt na Cyprze, wymienić refleksje i wrócić do stolicy. Pozdrawiamy Mariusza i Janusza ;-)

 

Cypr jest bardzo ciekawą wyspą, która oprócz świetnego położenia ma niezliczoną ilość pięknych miejsc widokowych oraz malowniczych tras, które warto na dłużej odwiedzić…także z rowerem ;-) I chętnie kiedyś tu jeszcze wrócę…

 

Zimowy wypad na Teneryfę

Kategorie: 2015 - Teneryfa | 30. grudzień 2015 | dodano przez krzysiek | nie skomentowano

Jesień to czas dużych promocji tanich linii lotniczych. Obserwując je, można za niewielkie pieniądze, polecieć na kilka dni, w ciepłe i atrakcyjne miejsce. W ramach takiej promocji zostałem zaproszony do dwuosobowego wypadu na 5 dni na Teneryfę. Przez internet zostały zamówione noclegi oraz pobyt w dwóch największych komercyjnych atrakcjach wyspy – Loro Parque i Siam Park. Początkowo trochę poczytaliśmy w internecie o największych atrakcjach jednej z Wysp Kanaryjskich, a przed wyjazdem udało mi się na wyprzedaży kupić mały i praktyczny przewodnik.

 

            Z Gdańska wyjechaliśmy jednak na cały tydzień. Ponieważ przed wylotem udaliśmy się w odwiedziny do naszych przyjaciół w Gliwicach – Tomka, Niny i Lenki Protas. A 21 listopada udaliśmy się do Lublińca, gdzie odbyła się premiera książki „Radość życia”, która jest relacją z wyprawy naszych przyjaciół z Niniwateam.pl. W 37 osób pojechali na rowerach na Wyspy Brytyjskie, które okrążyli w około, aby zakończyć przygodę w Londynie – świetna przygoda. A na zakończenie O. Tomasz ogłosił cel na przyszły rok. Ponieważ jest to jubileuszowa wyprawa a grupa nazywa się Niniwateam.pl, więc kolejna wyprawa będzie do Niniwy. Przez Ukrainę, Rosję, Kaukaz, Gruzję, Armenię i Iran do Iraku!!! Tak to nie pomyłka – Niniwa jest w Północnym Iraku, zamieszkiwanym przez Kurdów. Oj, będzie gorąco! Po promocji oczywiście była zabawa do rana! My jednak nie mogliśmy do końca w niej uczestniczyć, ponieważ już po 10-tej rano następnego dnia wylatywaliśmy z Modlina na Teneryfę (lotnisko na południu wyspy).

 

            Przed wejściem do samolotu było ledwie 1°C, a po wylądowaniu czekała na nas słoneczna pogoda i ponad 20°C więcej na termometrze! Byliśmy na to przygotowani, a wręcz oczekiwaliśmy takich temperatur. Pojechaliśmy odpocząć, a przy okazji trochę zobaczyć fajnych miejsc. Zrezygnowaliśmy z wypożyczenia samochodu na rzecz biletów elektronicznych na autobusy i tramwaje. Z kartą przejazdy są wygodne i tańsze od opłaty u kierowcy. Pierwsze dwa noclegi mieliśmy na północy, w stolicy wyspy, w samym centrum Santa Cruz de Tenerife. Bardzo ładne miasteczko a stamtąd mieliśmy ułatwiony wypad do Loro Parque. A po drodze zatrzymaliśmy się na plażę z czarnym piaskiem. Dla nas to była atrakcja, a i przy okazji mogliśmy zobaczyć, jak ciepła jest woda w Atlantyku o tej porze roku. W samym Parku spędziliśmy ponad 6 godzin, biorąc udział w pokazach delfinów, orek, lwów morskich czy papug. Przeszliśmy się szklanym tunelem, wokół którego pływały rekiny. Wszędzie było pełno klatek z papugami czy innym ptactwem, ale  jedno z ważniejszych miejsc to sztuczna wyspa lodowa pod dachem, na której mieszkały różne gatunki pingwinów. Można było przez szybę podziwiać je w pełnej okazałości oraz podpatrywać, jak wysiadują jaja! Kolejne dwie noce spędziliśmy na południu wyspy, w kurorcie nieopodal lotniska. Miejsce zakwaterowania mniej atrakcyjne niż w Santa Cruz, ale stamtąd mieliśmy dogodny dojazd do Siam Park. To jest raj dla fanów wszelkiego rodzaju zjeżdżalni i atrakcji wodnych. Na 6 godzin, w słonecznej pogodzie, testowaliśmy wszelkiego rodzaju spływy i zjeżdżalnie na pontonach, począwszy od tych bardzo łagodnych po tak karkołomne, że żołądek podchodził do gardła i zapierało dech. A wrzask żeńskiej części wręcz był standardem!

 

 

            Oprócz parków także zwiedzaliśmy. Spodobały się nam starówki Santa Cruz i wpisaną w 1999 roku na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO, założoną w 1497 roku La Lagunę. Na zwiedzaniu tych dwóch miejsc upłynął nam prawie cały dzień, a pomiędzy nimi podróżowaliśmy tramwajem. Ostatnim punktem pobytu na Teneryfie była kąpiel w Oceanie Atlantyckim. Wiał silny wiatr i był silny prąd, a wejście po śliskich kamieniach, ale udało się nam zanurzyć w ciepłej wodzie Atlantyku. Wypad był bardzo udany a jedynie zabrakło czasu, aby wejść na wulkan, który jest jednocześnie najwyższym szczytem Hiszpanii. Ale może kiedyś…

 

Maltański weekend

Kategorie: 2015 - Malta | 5. wrzesień 2015 | dodano przez krzysiek | nie skomentowano

            Po powrocie z wakacyjnej wyprawy rowerowej przez Alpy, ktoś zapytał się mnie – ile państw już odwiedziłem. Po chwili liczenia odpowiedziałem – 55 na 3 kontynentach, ale to nie koniec! Niektórzy nazywają mnie kolekcjonerem kolejnych państw, ale ja idę za głosem koleżanki Ani Budzisz (poznaliśmy się przed dworcem białoruskim w Moskwie), że świat jest zbyt piękny, aby ciągle jeździć w to samo miejsce. A bodźcem do kolejnej podróży była jednodniowa, majowa promocja jednej z tanich linii lotniczych – co drugi bilet za darmo. I tak tuż przed północą, po długiej dyskusji z Jolą, decydujemy się na Maltę – za przelot w obydwie strony z jedną walizką i małymi plecakami, płacimy po 505 zł. Szału nie ma, ale znacznie taniej niż wcześniejsze stawki. Tylko z terminem był problem – ja mogę brać wolne w pracy bez komplikacji tylko w drugiej połowie miesiąca, a Jola tylko co drugi miesiąc. I tak ostatecznie decydujemy się na przedłużony weekend 28 – 31 sierpnia. Do tego Jola znalazła przez internet 3 noclegi w pokoju dwuosobowym z aneksem kuchennym (wyposażonym) i łazienką po 60 euro od osoby – właściwie odpowiednik „kawalerki”.

 

            Wylot był w piątek o 17, więc spakowany pojechałem do pracy, a stamtąd bezpośrednio na lotnisko w Gdańsk – Rębiechowo. W drodze spotykamy się z Jolą. Szybka odprawa, a po niej prawie 3 godziny spokojnego lotu. Kiedy wysiadaliśmy z samolotu na maltańskim lotnisku, uderzyło w nas gorące i duszne powietrze, a było już ciemno. Stamtąd bezpośrednim autobusem jedziemy na północno-zachodni kraniec wyspy, gdzie nad zatoką znajduje się nasz nocleg. Miejsce jest fajne, obok przystanków autobusowych. Mamy 3 dni na zwiedzanie. Pierwszy dzień przeznaczamy na drugą maltańską wyspę Gozo. Płynie się na nią promem, za który płaci się 4,65 euro, ale tylko w drodze powrotnej – kto na nią popłynie i tak będzie musiał kiedyś wrócić. Wyspa jest niesamowita. Mała, ale ma swój urok. Jej stolica, Victoria, jest usytuowana na wzgórzu, w centrum wyspy. Tam znajduje się odrestaurowany zamek, w którego centrum znajduje się bardzo ładna Katedra. Za nią jest taras widokowy na prawie połowę wyspy. Jeszcze Victorii udaje się nam kupić kartę biletową na okaziciela za 21 euro, z którą przez tydzień można jeździć bez limitu wszystkimi autobusami na Malcie. I od razu zaczynamy jeżdżenie po Gozo. Widzieliśmy kilka ładnych miejsc, ale zdecydowanie najbardziej przypadła nam do gustu Dwerja Coast – klify, groty i różne dziwy przyrody bardzo się nam spodobały. A kiedy wracaliśmy promem na główną wyspę, w blaskach zachodzącego słońca mogliśmy podziwiać wysepkę Como, na której obecnie podobno mieszkają raptem 4 osoby.

 

            W niedzielę jedziemy do stolicy – Valletty. Już z daleka widoczne były imponujące mury obronne starego miasta. Na jego granicy jest pętla autobusowa. Idąc przez starówkę podziwialiśmy wspaniałą zabudową, która jest mieszanką kultury arabskiej i europejskiej. Wśród wielu zabytków największe wrażenie zrobiła na nas Katedra Św. Jana, jedna z najładniejszych świątyni jakich widziałem. Na tyle przypadła nam do gustu, że wracamy tutaj na Mszę Św. Tutaj też po raz pierwszy z życiu jem kaktusa! A po zwiedzaniu przyszedł czas na plażowanie – najpierw ponad godzinę opalaliśmy się i kąpaliśmy w Morzu Śródziemnym na kamienistej plaży (większość jest tutaj taka) w Bugibbie, a następnie przenieśliśmy się na piaszczystą plażę w Golden Bay. Tutaj obserwujemy zachód piękny zachód słońca, a następnie obserwujemy duży księżyc wygrzewając się na piasku! Pomimo zmroku, było bardzo ciepło nawet na plaży!


            Ostatniego dnia niestety musimy się przemieszczać z naszym bagażem, co w temperaturze powyżej 40°C daje się odczuć. Na szczęście autobusy są klimatyzowane. Na przedpołudnie mamy zaplanowaną Mdinę, miasto leżące na szczycie wzgórza, które otaczają średniowieczne fortyfikacje. Twierdza już z daleka prezentowała się bardzo okazale. Nie jest to duże miasto, ale zamieszkałe! Historyczne mury i wysokie budynki pomiędzy wąskimi uliczkami dają pożądany cień. Pięknie się prezentuje. Nie trzeba nawet nigdzie wchodzić, wystarczy się przespacerować. Za główną bramą wejściową, jest miasteczko Rabat, które stanowi przedmieście Mdiny. W czasach rzymskich nawet to było jedno miasto, ale później arabowie wykopali fosę, aby było łatwiej się bronić. Tam, po kolejnym spacerze wąskimi uliczkami, fundujemy sobie obiad w lokalnej restauracyjce. Na Malcie pomiędzy 12 a 15 prawie całkowicie zamiera ruch – sjesta. Jest cicho i spokojnie, niemalże jak na bezludnej wyspie. Po południu zamierzamy zrobić sobie przejażdżkę autobusem po południowej części wyspy. Ale po 15 minutach jazdy zauważamy piękny klif, więc wysiadamy, aby nad nim spędzić chwilę. A ponieważ mamy butelkę wina, czas się przedłuża. Nie spieszy się nam – to już ostatnie chwile tych gorących wakacji (codziennie było powyżej 40°C). Na lotnisku byliśmy przed czasem. Zdążyliśmy na ławeczce zjeść kolację. A kiedy kończyliśmy zauważyłem na pobliskich przystankach autobusowych grupki turystów – od razu zasugerowałem Joli, że można odsprzedać nasze karty biletowe. Moja towarzyszka się nie zastanawiała i po chwili mieliśmy w kieszeniach po 10 euro!

            Malta jest gorąca i skalista, ale ma swój urok. Wyspy, o które wielu walczyło i były w posiadaniu kilku państw, są fajnym miejscem na odpoczynek. Tutaj znajdziemy zabytki, plaże oraz pagórkowate trasy trekkingowe. A wszystko na powierzchni nieco większej od Warszawy. Ale jak to u mnie bywa, już mam pomysły na kolejne wyprawy. Nie tylko w Europie, ale i na nowe kontynenty. Niektóre z rowerem, a inne z plecakiem.

 

Alpy 2015

Kategorie: 2015 - Alpy | 7. lipiec 2015 | dodano przez krzysiek | nie skomentowano

Po powrocie z wyprawy do Maroka pojąłem stałą pracę i ograniczyły się możliwości podróżnicze. Co prawda mam wyrozumiałego szefa i zespół, ale nie można przesadzać. Ok. 2,5 tygodnia to realny czas wolnego, na jaki mogłem liczyć. Postanowiłem wykorzystać to na dokończenie ubiegłorocznej wyprawy, która uległa przerwaniu w Rzymie. A dokładnie chciałem dostać się autostopem w okolice Monte Cassino (tam walczyło dwóch moich przodków) i stamtąd przez Asyż, San Marino, Mediolan, przełęcz San Bernardino, Lichtenstein, jez. Bodeńskie, Monachium dotrzeć do Pragi. Na tydzień przed wyjazdem dowiaduję się, że Jola przyjeżdża do Polski i może jechać ze mną – tym razem nie będę sam! W okolicach Trójmiasta nie znam dobrego miejsca do stopowania z rowerem (znam w wielu miejscach, ale nie u siebie), a nic poprzez znajomych nie udało się znaleźć, więc w ostatniej chwili decydujemy się na zmianę trasy.

We wtorek 16 czerwca idę jeszcze normalnie do pracy, a wieczorem już jedziemy razem z rowerami Polskim Busem do Pragi. Ostatecznie to tam zaczęła się nasza wakacyjna przygoda. Po dniu spędzonym w fajnym mieście, ruszamy w drogę. O ile Praga urzekła nas swoim pięknem, to bardzo zniechęciła skomplikowanym wyjazdem, który zajął nam sporo czasu. Ale później było już ładnie i przyjemnie, chociaż droga prowadziła po licznych górkach. Wyjazd należał z tych niskobudżetowych, więc od początku staraliśmy się nie płacić za noclegi. Pierwszym, który przyjął nas na nocleg do swojego domu był Czech Ladislaw, nauczyciel matematyki z zawodu, a z zamiłowania koszykarz, który miał trzy szafy pucharów. Jednak wszystkich przebili Austriacy, ojciec i syn o tym samym imieniu – John. A wszystko zaczęło się od tego, że nie do końca wiedzieliśmy co robić dalej w miasteczku Grünberg po tym, jak pierwsza próba zdobycia noclegu nie powiodła się i okazało się, że najbliższy camping jest 20 km dalej. Jechaliśmy nie mrawo przed siebie, aż zauważyli nas wychodzący z domu ojciec z synem. Zapytali się, czy mogą nam pomóc. Odpowiedzieliśmy, że szukamy jakiejś podłogi. Syn przetłumaczył ojcu, a ten bez wahania zaproponował pokój gościnny. A kiedy się wykąpaliśmy, zaprosili nas do restauracji na wzgórzu, z przepięknym widokiem, na wspaniałą kolację. Niesamowicie sympatyczni panowie, którzy po porannej kawie życzyli nam udanej podróży i dziękowali za wizytę! Później mieliśmy także noclegi w garażach, oborach, na plaży czy też tarasach. Niezależnie jednak od miejsca, zagadnięci ludzie chętnie pomagali znaleźć nam darmowe i bezpieczne miejsca do spania.

Droga się tak ułożyła, że po czeskich górkach, w Austrii przyszło nam pokonać 3 przełęcze, że których najwyższa była na 1274 m.n.p.m. (9 km podjazdu o nachyleniu 1-12%). Po nich jeszcze była niewielka przełęcz we Włoszech, niedaleko miasteczka Tarvisio, a następnie wielokilometrowe, łagodne zjazdy, prawie do samej Wenecji. O ile przełęcz pokonujemy w ulewnym deszczu, to dalej towarzyszą nam już tylko upały z temperaturą przekraczającą 40°C! W takiej temperaturze przyszło nam zwiedzać niesamowitą Wenecję i zdobywać San Marino.

Z Rimini do Mediolanu jedziemy pociągiem, aby zobaczyć kolejne ładne miasto. Tam robimy sobie dzień przerwy – trzeba odpocząć przed największym wyzwaniem sportowym – zdobyciem legendarnej przełęczy San Bernardino. Przed opuszczeniem Włoch kupujemy jedzenie na 3 dni i jemy kolację nad jeziorem Como. Od tego momentu rozpoczynają się górki, po których codziennie jeździ setki rowerzystów na kolarkach. Kiedy ich zobaczyłem, zasugerowałem Joli, że chciałbym komuś „siąść na koło”! I kiedy następnego dnia byliśmy w połowie podjazdu na przełęcz, pewien Szwajcar na kolarce dogonił nas i zgodził się, abym dalej z nim pojechał. W ubiegłym roku Max przejechał ponad 3 tys. km na trasie z Londynu do Stambułu, a w tym roku w 14 dni chce przejechać ponad 4,5 tys. km z Włoch na Nordkapp. Niestety, miał pecha. Mnie energia wręcz rozpierała, chociaż mój rower ważył ok. 40 kg a jego 7 kg! Od początku narzuciłem takie tempo, że po niespełna 6 km wspólnej jazdy stwierdził, że musi odpocząć. Ostatnie kilometry pokonałem sam i dopiero po dłuższym oczekiwaniu dotarł cały blady Max. Nie miał ochoty na rozmowę. Życzył powodzenia i pojechał na dalszą część treningu.

Szwajcaria to nie tylko góry, ale przede wszystkim wspaniałe krajobrazy. To jedno z najbardziej malowniczych państw, które widziałem w swoim życiu. Chociaż drogie, ale warto zobaczyć. A pod koniec wakacyjnej przygody mieliśmy bardzo ciekawy dzień – obudziliśmy się w Szwajcarii, śniadanie było w Lichtensteinie, obiad w Szwajcarii, popołudnie nad jeziorem bodeńskim w Austrii, a kolacja i nocleg w Wangen w Bawarii. Jak się później dowiedzieliśmy, tutaj ludzie są mieszkańcami swojego regionu, a od Niemców to co najwyżej się wyzywają jak sobie popiją! Jednak mi Bawaria i jej mieszkańcy kojarzą się poprzez ciągłe klaksony wyganiające nas z drogi, nawet jak nie było ścieżek przy lokalnych drogach! W Monachium niesamowite wrażenie zrobił na mnie Ratusz. Z centrum udajemy się jeszcze na stadion Bayernu, obok którego idzie autostrada na północ. Ale dostać się na jakiś parking obok niej to nie lada wyzwanie, bo nawet jak spotykaliśmy ludzi mówiących po niemiecku, to nie wiedzieli lub nie chcieli powiedzieć, gdzie dokładnie jest takie miejsce. Ale ostatecznie udało się nam dojrzeć przez pola i jakiś rowerzysta pokazał rolniczą drogę dojazdową. Na koniec wystarczyło przerzucić rower przez dwa płoty, aby spotkać Darka. Ten podwiózł nas na większy parking ze stacją benzynową, gdzie zaopiekowała się nami spora grupa rodaków. Po nocy spędzonej na wygodnym łóżku TIRa Śruby z Poznania, Mateusz swoim busem zabiera nas przez Berlin do stolicy Wielkopolski. A stamtąd, no cóż, upchanym po brzegi i piętrowo rzuconych rowerach TLK, wracamy do szarej rzeczywistości w sobotni poranek.

Wakacyjna przygoda trwała raptem 18 dni, ale były to dni przygody, wspaniałych krajobrazów i niezwykłych ludzi. Wspólnie przejechaliśmy ponad 1700 km po wielu górach i kilku przełęczach. Po 27 km wspinaczki udało się wspiąć na przełęcz San Bernardino na wysokości 2066 m.n.p.m., chociaż momentami było bardzo trudno. Ale wspaniałe krajobrazy i ludzie, których spotykaliśmy każdego dnia, wynagradzali nam każdy trud. Dlatego już przygotowuję kolejne wyjazdy i to nie tylko rowerowe.

Starsze Wpisy »