Kategorie: 2012 | 9. maj 2012 | dodano przez krzysiek | nie skomentowano
Wiosną 2010 roku trafiłem do Centrum Formacji Niniwa w Kokotku (Lubliniec) prowadzonego przez oblatów (www.kokotek.pl). Na czele Centrum stoi o. Tomasz Maniura OMI, z którym wiele nas łączy, ale przede wszystkim wyprawy rowerowe. O. Tomasz od 2007 roku jeździ z młodzieżą na coraz dłuższe ekspedycje – zaczęło się od wyjazdu do Wilna, a później był Kijów, Rzym, Jerozolima i Maroko. Jest to najbardziej hardkorowa grupa jaką poznałem – nawet w terenie pagórkowatym pokonuje 200 km dziennie! Relacje ze swoich wyjazdów publikuje na www.niniwateam.pl oraz w książkach – „Ekspedycja Jerozolima” oraz „Tour de Mazenod. Rowerami do Maroka”.
W połowie kwietnia zadzwoniłem do o. Tomasza, od którego dowiedziałem się, że kolejnym celem jest Nordkapp. Jednak zgłosiło się 38 osób, a może zabrać tylko 20. W związku z czym podczas długich weekendów w maju i czerwcu odbędą się eliminacje do sierpniowej wyprawy na północ Norwegii. I jak mam ochotę to mogę wziąć udział w majowym sprawdzianie. I tak 1 maja 2012 roku ponownie dotarłem do Kokotka. Trochę miałem obaw, czy podołam jeździe w tak mocnej grupie, skoro w tym roku raptem 3 razy przejechałem 52 km i 2 razy 35 km.

1 maja wieczorem odbyła się odprawa techniczna, a od 2 do 5 maja ostro pedałowaliśmy z pełnymi sakwami i namiotami na bagażnikach w grupie, której było 8 dziewczyn, a ja należałem do najstarszych uczestników. Przejechaliśmy prawie 600 km przez góry, codziennie ze średnią prędkością powyżej 20 km/h! „Maaasaaakraaacjaaa jak mawiają młodzi ludzie”:) Góry szczególnie dały o sobie znać drugiego i trzeciego dnia. Na etapie z Krakowa do Zakopanego było ponad 1700 metrów przewyższenia. Pomimo, że dobrze czuję się w jeździe pod górę, drugiego dna na podjeździe przed Kasiną „odcięło mi prąd”. W koszmarnym upale przez chwilę nie wiedziałem, co się ze mną dzieję. Ale odpocząłem w kilka sekund i w środku grupy dotarłem na szczyt. A na kolejnych górkach przed Zakopanem znowu ożyłem. A trzeciego dnia na rozgrzewkę goszczący nas ks. Michał zafundował nam wspinaczkę na Gubałówkę. Tam nas pożegnał, a ja po przejechaniu ledwie 5 km czułem, że to będzie wspaniały dzień dla mnie. W drodze byliśmy od 8 rano do 20.30, przez cały czas w deszczu. Przejechaliśmy przez najwyżej położoną w Polsce przełęcz drogową na Krowiarce oraz niesamowicie „sztywne” górki pomiędzy Makowem Podhalańskim a Kalwarią Zebrzydowską. Ponad 2000 metrów przewyższenia na średniej powyżej 20 km/h. I dosłownie – nikt nie odpuścił, każdy walczył o każdą górkę!

Prywatnie kieruję słowa uznania dla o. Tomasza, który organizuje wspaniałe wyprawy dla młodzieży oraz dla Kasi Szendzielorz, którą w języku kolarskim można obdarzyć tytułem najlepszego rozprowadzającego na podjeździe pod górę. Kiedy tylko na początku podjazdu znajdowałem się na kole Kasi, na szczycie byłem pierwszy! Nie umawialiśmy się, ale zawsze jechała tempem idealnie mi odpowiadającym! A do tego zobaczyliśmy wiele interesujących miejsc i poznaliśmy wspaniałych ludzi. Zapraszam na http://www.niniwateam.pl/index.php/poprzednie-wyprawy/49-bez-slabych-ogniw

Pragnę od razu wyjaśnić - dla mnie to był tylko fajny sprawdzian w towarzystwie interesujących, młodych ludzi. Na Nordkapp jednak nie wybieram się.
Kategorie: 2011, Książki | 6. grudzień 2011 | dodano przez krzysiek | 3 komentarze
Właśnie ukazała się druga książka mojego autorstwa „Rowerem przez świat” wydana przez Wydawnictwo Bernardinum z Pelplina. Czytelnika zaskoczy nowatorska forma wizualizacji książki oraz ponad 200 zdjęć kolorowych i czarnobiałych na 240 stronach. Czytając ją można przenieść się na szlak wyprawowy i razem ze mną i pozostałymi uczestnikami przeżywać radości i bolączki dnia codziennego ciężkich podróży 2010 roku, w którym doświadczyłem śnieg na drodze, a także 53°C w cieniu! O tym wszystkim znajdziesz w książce „Rowerem przez świat”, która jest dostępna we wszystkich księgarniach lub u mnie z autografem i darmową wysyłką – wystarczy zamówić mailem – skoczekyang@gmail.com
Korzystając z okazji pragnę poinformować, że już nie wiele egzemplarzy pozostało mojej pierwszej książki „Rowerem na Igrzyska. 10255 km samotnej wyprawy z Sopotu do Pekinu”. Zainteresowanych proszę o zamawianie mailem – skoczekyang@gmail.com

Po przejechaniu samotnie na rowerze 10255 km w cztery miesiące, 8 sierpnia 2008 roku docieram do Pekinu. Ale w sercu zamiast radości pojawia się smutek – skończyła się moja wielka przygoda. Ale pojawia się kolejny cel, marzenie – chęć osiągnięcia stabilizacji życiowej. Jeszcze przez kolejne 12 dni będę bawił się podczas Igrzysk Olimpijskich jako kibic, a kolejne dwa tygodnie zajmie mi powrót do kraju (w tym siedmiodniowy przejazd legendarną koleją transsyberyjską relacji Władywostok – Moskwa), ale już wiem, że tak naprawdę miałem podczas tej wyprawy więcej szczęścia niż rozumu! Bo tylko tak potrafię określić swój pierwszy wyjazd rowerowy gdziekolwiek! Zgadzam się jednak z opinią słyszaną już w drodze, że „KTOŚ nade mną czuwał”. Tak pojawia się pomysł pielgrzymki rowerowej do Jerozolimy. Jednak po powrocie do Polski muszę zderzyć się z szarą rzeczywistością – po kilku miesiącach poszukiwań, dzięki ludziom dobrej woli dostaję dobrą pracę, a najlepsi ortopedzi na Pomorzu operują moje kolano.
Wyprawa rowerowa „Pekin 2008” wzbudziła duże zainteresowanie, a co za tym idzie – miałem wiele zaproszeń na slajdowiska do klubów podróżniczych i na prelekcje do szkół. Wiele osób po nich pytało mnie o plany na przyszłość. Początkowo bałem się o nich mówić, ale ostatecznie zdecydowałem się zrealizować pomysł pielgrzymki do Ziemi Świętej. Chętnych do wyjazdu ze mną było wielu, ale nie wielu mogło sobie pozwolić na taki wyjazd ze względu na brak wolnego czasu, a czasami z powodów finansowych. Ostatecznie decyduje się ze mną jechać 5 osób. Dwie osoby debiutują na wyprawie rowerowej, a kolejne dwie mają już ponad 100 tys. km przejechane na wyprawowym szlaku. Ja jestem najmłodszym uczestnikiem, najstarszy ma 60 lat i po raz pierwszy jedzie na wyprawę! Do tego tylko mnie wszyscy chociaż trochę znają. Do przejechania mamy ponad 5 tys. km, ponieważ nie mamy taniego samolotu z Izraela i musimy jechać do Egiptu, aby stamtąd wracać samolotem z naszą wycieczką do kraju. Aby choć trochę przygotować się do wyjazdu, w weekend pierwszomajowy w czwórkę (w tym obaj debiutanci) pokonujemy w 3 dni 330 km po kaszubskich drogach. To jedyny prawdziwy trening przed startem 14 maja sprzed Katedry Oliwskiej na wyprawę do Ziemi Świętej, gdzie codziennie trzeba będzie jechać ponad 150 km! Trasa prowadzi z Sopotu przez Lwów, Bukareszt, Warnę, Stambuł, Antakyę, Aleppo, Bejrut, Damaszek, Amman, Jerozolimę do Sharm el Seikh.
Malkontentów było wielu, ale udaje się. Praktycznie nieznających się i różniących się sześciu mężczyzn potrafi się porozumieć się i wspólnie walczyć o cel. Po powrocie okazuje się, że jesteśmy dobrymi kumplami i chętnie umawiamy się na kolejne wyprawy rowerowe. Mój organizm skutki wyprawy odczuł znacznie bardziej niż tej do Pekinu na Igrzyska Olimpijskie. Czuję się wyczerpany, przy większym wysiłku od razu łapią mnie skurcze.
Po powrocie z Ziemi Świętej startuję w Tour de Pologne Amatorów oraz w dwóch edycjach Skandia Maraton LangTeam. Podczas wspólnych startów poznaję Pana Pawła Porucznik, Dyrektora Generalnego Aries Power Equipment. Pyta się, czy jesienią 2010 roku nie planuję kolejnej wyprawy, ponieważ ewentualnie mógłby mnie wesprzeć finansowo! A ponieważ 28 września dowiaduję się, że wygasająca z końcem miesiąca umowa nie zostanie przedłużona z powodu definitywnego zakończenia projektu unijnego, postanawiam skorzystać z nadarzającej się okazji i przyspieszyć o rok wyjazd na Bałkany. Nie ma czasu na przygotowania a synoptycy straszą wczesną zimą. Wyjazd zaplanowałem na 15 października a powrót 19 grudnia 2010 roku.
W tym czasie zakładam, że przejadę na rowerze ok. 6 tys. km na szlaku
Sopot – Brno – Wiedeń – Mariazell – Bratysława – Budapeszt – Belgrad – Skopje – Ateny – Tirana – Podgorica – Dubrownik – Sarajewo – Medjugorie – Split – Zagrzeb – Ljubliana – Praga – Harrachov – Sopot, a częściowo będę wspomagał się autostopem, aby móc jak najwięcej zobaczyć i spędzić czasu z miejscowymi ludźmi.